Czy zrobiłaś(eś) coś naprawdę szalonego w swoim życiu?

Sprawy nie związane z zespołem

Moderatorzy: Nemo, Małgorzata, Cień Anioła, Adrian-LZY, Dagmara

Awatar użytkownika
Paula_Jestem
Członek FFC
Posty: 3745
Rejestracja: 25 sie 2002, 0:19
Lokalizacja: dolnyśląsk

Postautor: Paula_Jestem » 30 sie 2003, 22:45

jeszcze to przeczytają i co bedzie
"Dzień jak codzień a wszystko zmienił"
Awatar użytkownika
anka, ot tak
Posty: 382
Rejestracja: 07 lip 2003, 22:15
Lokalizacja: warszawa

Postautor: anka, ot tak » 05 wrz 2003, 22:33

właśnie, ale oni chyba na tą stronę nie wchodza, biorac pod uwagę i ch zainteresowania :D (?)
...Dzieci są jak zwierciadła. Odbijają miłość. Jesli daje im się miłość, oddają ją. jeżeli niczego im się nie daje, nie mają czego oddać...
Awatar użytkownika
kasieńka
Posty: 2301
Rejestracja: 30 cze 2003, 16:09
Lokalizacja: G-wo

Postautor: kasieńka » 05 wrz 2003, 23:28

To było fajne:
"Zemsta przystojniaka"tak nazwałam to zdarzenie!
Na szkolnym Halloween wybierałam z koleznką uczestników do konkursu , który polegał na dmuchaniu maki z talerza.Wybrałyśmy bardzo przystojnego chłopaka.Wszystkim zawiązałyśmy oczy i podsunełyśmy talerze omijając pechowego przystojniaka.Biedak dmuchał w pusty stolik , a cała szkoła śmiała się z niego.Posłuchałam pewnego nauczyciela i poszłampodsunełam mu ten talerz.Nie zdązyłam odejść od stolika kiedy chłopak tak mocno dmuchnął , że mój czarny strój zrobiła się biały.Zaczęłam na środku sali czyścić się z mąki .Oczywiście wszyscy zwijali się ze śmiechu, a gdy chłopak zdjął opaskę powiedział, że jeszce sie policzymy.Od tamtego czasu , gdy na przerwie znajdowałam się w jego pobliżu , to czułam na sobie jego przeszywający wzrok. :D

-A jak uczyłam się w gimnazjum to z kolezanka podłozyłysmu pineske dla faceta od histori , a jak usiadł to tak się z Niego lałyśmy że aż nam łzy leciały z oczu.Niestety nas przyłapał i miąłysmy przesrane :!:
Awatar użytkownika
Ivi
Posty: 226
Rejestracja: 20 cze 2003, 19:04
Lokalizacja: Gliwice

Postautor: Ivi » 06 wrz 2003, 21:58

a ja kiedyś takiego zamieszania narobiłam pewnemy ksiedzu podczas lekcji że już prawie wylądowałam u dyrektora...
"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
Zostaną po nich buty i telefon głuchy(..)
Potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
Jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
Kiedy myślimy o kimś zostając bez niego(..)"
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 07 wrz 2003, 12:00

Nareszcie sie zdobylem na odwage aby to tu napisac... bedzie tego duzo wiec nie wiem czy ktos to przeczyta:) Kajo mnie namowił na ognisku, to dla ciebie stary :lol: ...
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 07 wrz 2003, 12:01

BIELSKO BIAŁA 2001

Od tego się zaczęło, była to moja pierwsza wspaniała i niezapomniana wyprawa z Sebastianem w nieznane tereny świata. Daleko to nie było, bo BB jest może 55km od Katowic. Była to niedziela 25.XI a w poniedziałek mięliśmy na 13 do szkoły. Od dawna planowałem w ten dzień wyjechać na koncert ŁZÓW tylko nie wiedziałem, co jak i gdzie, wiedzieliśmy tylko tyle, że jest koncert ŁZÓW o godz. 18.00 w Fabryce Rozrywki ul. Grażyńskiego, nie wiedzieliśmy tylko gdzie jest to miejsce. Był to chłodny, deszczowy dzień, niebo było szare, jesienne. Tego dnia powiedzieliśmy rodzicom, że będzie nasz szkolny półmetek, który w rzeczywistości odbył tydzień później. Ale dobra przejdźmy już do konkretów. Plan był taki:
1. Kupić2. coś do picia w Katowicach i wsiąść3. w pociąg
4. Wysiąść5. w Bielsku godz. przed koncertem i kupić6. bilety
7. Znaleźć8. miejsce koncertu i bawić9. się wspaniale aż do 22.00
10. Odpocząć11. trochę i bezpiecznie przyjechać12. do K-ce
13. Iść14. spać15. koło 1.00 i rano wstać16. do szkoły
Wszystko zaczęło się zgodnie z planem, kupiliśmy kilka piw, wsiedliśmy w dobry pociąg i o 16.50 byliśmy na miejscu. Nigdy nie zapomnę tej chwili, ten dworzec z czerwonej cegły, perony, ludzie i okolica całkowicie nieznana. Wtedy po raz pierwszy przekonałem się, co to znaczy wylądować samemu w obcym mieście, było to wspaniałe uczucie, przepełniała mnie radość, ciekawość nieznanego i podniecenie. Wysiedliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co dalej, gdzie iść, co zrobić. Po przejściu przez dworzec znaleźliśmy się już w centrum miasta (tak nam się przynajmniej wydawało). Mieliśmy trochę czasu a więc mogliśmy się rozejrzeć w okolicy. Tak się składało, że naprzeciwko nas był monopolowy, przeszliśmy, więc przez wiadukt, na drugą stronę ulicy i zaraz do monopolowego. Kupiliśmy po 1 browarze i wróciliśmy z powrotem w to samo miejsce. Nie wiedzieliśmy którędy na koncert, więc poszliśmy do góry na przystanek autobusowy, tam było wielu ludzi i tylko jeden plakat ŁZÓW w dodatku za szybą. Stwierdzając, że w tamtą stronę na pewno nic nie ma wróciliśmy się pod dworzec i zapytaliśmy się taksówkarza. On nam wskazał drogę. Poszliśmy wg jego wskazówek wiaduktem, skręciliśmy w prawo aż do końca, potem się odlaliśmy tuż za wiaduktem, pod jakimś zamkniętym kioskiem. Potem trzeba było iść prosto aż do końca ulicy i skręcić w lewo. Doszliśmy do tego miejsca i się przeraziliśmy, bo ulica była ciemna otoczona samymi starymi i brzydkimi kamienicami. Widok był straszny w dodatku ta ulewa i ciemne bezchmurne niebo dawało taki klimat, że przez moment zastanawialiśmy się czy iść dalej. Szliśmy tą ulicą, ja znalazłem na niej napis Grażyńskiego i już wtedy wiedziałem, że jest dobrze. Po chwili wyszliśmy zza zakrętu i ujrzeliśmy ludzi wchodzących do jakiegoś baru po schodkach w dół. Okazało się, że to nasza „Fabryka Łez”. Szybko weszliśmy tam a tu nagle na drzwiach widzę napis: KONCERT ŁEZ ODWOŁANY i się zastanawiam, o co chodzi. Była godz. gdzieś tak 17.20 my już znaleźliśmy cel a tu nam piszą, że odwołany. Na początku wybuchłem śmiechem, ale potem wszedłem do środka i zapytałem się jakiegoś gościa, o co chodzi. On powiedział mi, że koncert został odwołany z powodu problemów zdrowotnych Ani Wyszkoni, która była wtedy w 7 m-cu ciąży. Powiedział mi również, że koło stycznia będzie rodzić, że nas przepraszają i że jak chcemy to planowo od 18.00 rozpocznie się tam dyskoteka dla tych, którzy przyszli na koncert, ale gdy mu powiedziałem, że muszę się zastanowić, bo nie jestem z Bielska tylko z Katowic, to tak się gościu zdziwił, że myślałem, że mu oczy ze zdumienia wypadną. Wtedy jeszcze ŁZY nie były tak popularne jak teraz i dlatego też wtedy jak się gościu dowiedział, że na ich koncert przyjechało jakichś dwóch z K-ce to była niezła niespodzianka. Z dziwnym, wesołym humorem wyszedłem stamtąd i powiedziałem o wszystkim Sebie. On również się zdziwił i uśmiał a ja się nawet cieszyłem, że wiem, co się na bieżąco dzieje ze ŁZAMI, tylko szkoda mi było tego, że koncert się nie odbędzie. Później Seba stwierdził, że lepiej na tej dyskotece nie zostawać, bo może być niebezpiecznie, a tego byśmy nie chcieli. Więc wyruszyliśmy w drogę powrotną niewiadomo, dokąd. Wyszliśmy znów na dworzec i zastanawialiśmy się, co robić dalej. Postanowiliśmy zwiedzić trochę Bielsko a że pogoda nam nie dopisywała to wydawało nam się, że będzie bezpiecznie. Poszliśmy w dół głównej ulicy w nieznanym kierunku i celu. Po drodze minęliśmy 3 stacje benzynowe i w zasadzie nic ciekawego, tylko jakieś pustkowie, szliśmy tak i szliśmy aż w końcu przy jakiejś stacji stało kilku podejrzanych typów, więc się zatrzymaliśmy, a że byliśmy dosyć daleko od nich to nas nie zauważyli. Minęła prawie godzina a my nigdzie nie doszliśmy a w dodatku dla naszego bezpieczeństwa musieliśmy zawrócić. Wracaliśmy kolejne 45 min. zaczynało się już robić ciemno, nie w zasadzie to już było bardzo ciemno, dobrze, że nad ulicą były latarnie, bo inaczej zabłądzilibyśmy w czeluściach nocy. Znów u naszych stóp ukazał się ten piękny dworzec. Stanęliśmy sobie koło małego kiosku z jedzeniem, gdzie Seba kupił sobie hot-doga. Pani była bardzo miła a Seba stwierdził, że tak dobrych hot-dogów jeszcze nigdy i nigdzie nie jadł. Zrobiliśmy skręt w stronę monopolowego i kupiliśmy, co nieco, biletów na koncert nie kupiliśmy, więc kasa na piwko była. Po zrobieniu małych zapasów udaliśmy się w przeciwną stronę niż wcześniej. Szliśmy tak koło tych przystanków, ludzi już tam było mniej, ale plakatu nie dało się ściągnąć, ponieważ musiałbym wybić szybę. Poszliśmy dalej aż w końcu doszliśmy na kolejne pustkowie jakieś 15 min drogi od dworca. Zeszliśmy sobie po schodach nad mały park, kilka mokrych ławek, suchych drzew i zniszczona, kamienna fontanna. Odpoczęliśmy tam trochę, zjedliśmy coś i napiliśmy się, bo trochę czasu już minęło odkąd wyruszyliśmy z K-ce. Tak nam się dobrze siedziało, że zaczęliśmy sami sobie śpiewać piosenki ŁZÓW w deszczu. Długo to nie trwało, bo nie dało się nas słuchać, na szczęście nikogo tam nie było, tylko widzieliśmy jak nad parkiem przejeżdża radiowóz, ale że park był niżej od ulicy i zasłonięty drzewami, dlatego też nie było nas widać. Po odpoczynku i zjedzeniu zapasów żywności udaliśmy się na dalszą wędrówkę po Bielsku. Znaliśmy już wschodnią i zachodnią stronę miasta, nie wiem czy było to centrum, czy tylko obrzeża, ale postanowiliśmy tym razem pójść na północ. Doszliśmy do dworca PKS i usiedliśmy sobie na ławce koło kiosku, w którym zobaczyłem na wystawie listopadowy numer Popcornu, gdzie był artykuł o ŁZACH, gdyby nie to, że było już trochę późno to bym go kupił. Posiedzieliśmy tam chwilę a niedaleko nas jakiś gościu chciał się wkraść do piwnicy pod przejściem. Chwilę później wyskoczył drugi gościu i zaczął na niego wrzeszczeć, złodziej, zostaw te drzwi, bo zawołam policję itd. Seba stwierdził, że lepiej się stamtąd ulotnić, bo jeszcze nas w to zamieszają albo, co. A gdyby nawet nie to policja mogłaby nas wziąć jako świadków, a kto by później wytłumaczył moim rodzicom, że obywatel Sławomir K., który dnia 25.XI.2001 o godz. ok. 20.30 oficjalnie miał być na imprezie w Katowicach, nieoficjalnie jest świadkiem włamania w piwnicy na dworcu PKS w Bielsku Białej. Po szybkiej ucieczce szliśmy w kierunku naszego parku, ale jakąś inną zupełnie drogą. Deszcz padał coraz mocniej a ja czułem, że już jestem mokry do suchej nitki i że buty mam tak mokre, że zaraz mi się rozkleją. I w zasadzie niewiele się pomyliłem, bo moje jeszcze wtedy nowe adidasy Reebok były rozklejone. Podążaliśmy sami nie wiedząc, dokąd, w strugach deszczu i zimna, minęliśmy stary kościół, który chwilę później zaczął dzwonić. Nie pamiętam, która była wtedy godzina, ale wiem, że mieliśmy jeszcze sporo czasu a nie było, co robić w Bielsku, więc zdecydowaliśmy się pójść na dworzec i sprawdzić, o której mamy najbliższy pociąg do domu, a ponieważ był to deszczowy, jesienny dzień, to byliśmy już zmoczeni i zmęczeni tym zwiedzaniem. Po drodze wpadliśmy znów do naszego ulubionego monopolowego, kasjerka pewnie już wiedziała, o co chodzi, bo tyle razy już tam byliśmy, że na pewno nas zapamiętała. Potem kupiliśmy jedzenie na powrót w tym kiosku koło dworca i spokojnie poczekaliśmy na nasz pociąg w przejściu pod peronami. Pociąg przyjechał po 21.00 i bezpiecznie wróciliśmy do Katowic, odpoczęliśmy sobie, wyschliśmy i nareszcie w domu, tylko, że w K-ce nie padał już deszcz. Mięliśmy ponad 2 godziny żeby przyjść do domu a wcale nam się nie chciało. Żałowaliśmy, że koncert się nie odbył, ale byliśmy dumni i szczęśliwi z tego, że w takim stylu udało nam się niepowodzenie zamienić we wspaniałe chwile i zwiedzanie może niezbyt ciekawego miasta, (może, dlatego, że nie widzieliśmy wszystkiego), ale za to warunki i pomysły sprawiły, że była to niezapomniana podróż po nieznanym i marzyło nam się jeszcze kiedyś to powtórzyć. Ale to jeszcze nie był koniec tej imprezy, naszedł nas dziwny pomysł odwiedzenia kumpeli z klasy, więc wsiedliśmy tramwaj i ok. 22.20 wysiedliśmy na Załężu w drodze do Agi, przez niezbyt bezpieczną dzielnicę Katowic. Ona na szczęście jeszcze nie spała, ale nie wpuściła nas do środka, stwierdziła tylko, że co my robimy po 22 w nocy pod jej domem i że chyba zwariowaliśmy, ale na to my w śmiech. Ja musiałem się zapytać o kartkówkę, która następnego dnia miała być w szkole. Po chwili gadania musieliśmy się pożegnać i jechać dalej a ona na do widzenia powiedziała nam żebyśmy uważali, bo się będzie o nas martwić. Na szczęście bez żadnych problemów doszliśmy z powrotem na tramwaj i pojechaliśmy zamiast do domu tak jak nam Aga kazała, to w przeciwną stronę odwiedzić naszą szkołę. Wysiedliśmy na przystanku koło szkoły i zastanawialiśmy się czy iść do mojej kumpeli na 1000-lecie, czy też do kumpeli z klasy, która mieszka w Chorzowie. Po krótkim namyśle poszliśmy jednak do Chorzowa, minęliśmy naszą szkołę, która i tak wyglądała beznadziejnie i tak szliśmy i szliśmy aż w końcu doszliśmy do jej domu. Ja miałem wtedy jej adres, więc wiedziałem dokładnie gdzie mieszka. Stanęliśmy u niej pod klatką, ale była już godzina 23.00 więc stwierdziliśmy, że już za późno na odwiedziny i zastanawialiśmy się, co tu zrobić żeby został po nas ślad. Podpisaliśmy się na murze i zmęczeni, zniechęceni wróciliśmy tą samą drogą do przystanku, a to mijając szkołę jakieś 1,5 km. Czekaliśmy na tramwaj, ale nic nie jechało, aż w końcu z innego przystanku przyjechał autobus i wróciliśmy sobie do domu.
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 07 wrz 2003, 12:01

BIELSKO BIAŁA 2002,
CZYLI JAK PRZEJŚĆ Z OŚWIĘCIMIA DO PSZCZYNY

Trzeba było powtórzyć wspaniały wyczyn z roku 2001 dnia 25.11. Kolejny wyjazd do Bielska na koncert ŁZÓW, który odbyć się miał w niedzielę 24.02.02 W Miejskim Centrum Kultury przy ulicy jeszcze nie wiadomo, jakiej, o godz. 18.00. Tak się składało, że był to dzień 18 urodzin mojego kumpla Seby, no a jaka impreza byłaby lepsza jak nie koncert ŁZÓW.
No i w zasadzie wszystko zapowiadało się wspaniale, pojechaliśmy któregoś dnia do Bielska kupić bilety. Gdy znów zobaczyłem te miasto, ten dworzec, monopolowy i inne wspomnienia to od razu poprawił mi się humor. Znów zapytaliśmy się taksówkarza gdzie jest MCK a on nas pokierował i po krótkim czasie doszliśmy do celu. Poprzednio nie zwiedzaliśmy tamtej części miasta, dlatego nie wiedzieliśmy znów gdzie jesteśmy, ale i tak dużo już znaliśmy terenów. Bilety nie były drogie, ale kasjer powiedział nam, że niewiadomo czy koncert się odbędzie, ponieważ zbyt mało biletów jak na razie zostało sprzedanych. My się tym nie zraziliśmy i spokojnie wróciliśmy do Katowic.
24.02.2002 także wg planu przyjechał do mnie Seba i poszliśmy najpierw kupić coś do picia a potem mięliśmy iść na pociąg. Kupiliśmy na dworcowej 2 nalewki za 5zł i w bramie obok zaczęliśmy je kosztować. Jakiś facet, który w sklepie kupował przed nami podszedł do nas i ostrzegł nas, że kręcą się w tej okolicy mendziarze i że mogą nas zgarnąć. Na szczęście nie byliśmy tam długo, bo kończył nam się czas, szybko ruszyliśmy na dworzec po bilety i do pociągu, ale było już za późno, pociąg nam odjechał. Byłem w tym momencie taki zły na Sebastiana, że szkoda gadać, ale zobaczyliśmy, że za niedługo mamy następny pociąg, więc się trochę uspokoiłem. Wsiedliśmy do pociągu i beztrosko czekaliśmy aż dojedziemy do Bielska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ten pociąg wcale nie jechał do Bielska. Konduktorka sprawdziła nam bilety, ale nic nam nie powiedziała, że ten pociąg w niedziele jedzie tylko do Czechowic a potem odbija na Oświęcim. My o tym nie wiedzieliśmy, w pociągu tylko się trochę dziwiłem, gdy widziałem za oknem całkiem inne miejsca jak poprzednio. Wtedy po raz pierwszy ujrzałem Bestwinkę i tak mi się ona spodobała, że za wszelką cenę chciałem tam jechać. Była tam piękna zielona łąka, las i lazurowe czyste jeziorko. W ogóle widok ten był tak wspaniały, że nie miałem nawet pojęcia, że tak piękne miejsca są na Śląsku. Ale dobra, o Bestwince, kiedy indziej.
Po wyjściu z pociągu trochę się zdziwiliśmy jak zobaczyliśmy dworzec w Oświęcimiu. Było to tak dziwne, że pobiegliśmy szybko zapytać się maszynisty, jakim cudem znaleźliśmy się tutaj a nie w Bielsku. On powiedział nam, że w niedziele ten pociąg jedzie tylko do Czechowic no a potem tu gdzie teraz byliśmy. My kompletnie zagubieni nie wiedzieliśmy, co mamy począć, bo co innego jest jechać świadomie do nieznanego miasta, a co innego przypadkiem wylądować w innym. Poszliśmy, więc na dworzec zorientować się, kiedy jest pociąg do Bielska, ale następny był dopiero o 17.20, czyli za 1,5 godziny. Autobusy i PKS również nie jeździły a więc pozostało nam tylko iść w nieznane na pieszo. Ja w sumie nie chciałem, ale Seba się uparł, że on się już nie cofnie tylko będzie szedł dalej naprzód. Na szczęście wiedziałem, że koncert się nie odbędzie, bo zbyt mało sprzedano biletów, a gdy powiedziałem o tym Sebie, on tak się zezłościł, że oj wolę nie mówić. Twierdził, że gdyby wcześniej o tym wiedział, to pojechalibyśmy wcześniej odebrać kasę za bilety i pojechali np. w góry, bo była wtedy ładna pogoda, nie było śniegu, świeciło słońce, ale nie zapominajmy, że był to zimowy dzień. A powracając do nas to szliśmy drogą wzdłuż torów kolejowych, ale później skręciliśmy i poszliśmy na inny przystanek autobusowy. Oczywiście nic nie miało zamiaru jechać, ale zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby przemyśleć, co mamy dalej robić. Seba zadzwonił do swojego brata i śmiechem powiedział mu, że jest w Oświęcimiu i jak ma dojść do Bielska. Brat się trochę zdziwił i nawet nie był w stanie cokolwiek na to powiedzieć. Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy znów przed siebie i spotkaliśmy na drodze pewną staruszkę. Zapytaliśmy się jej czy do Pszczyny to trzeba iść prosto czy skręcić w prawo, bo akurat staliśmy na skrzyżowaniu „T”. Ona tak się na nas spojrzała i myślałem, że dostanie zawału. Powiedziała tylko, że mamy iść cały czas prosto tą ulicą i dojdziemy, ale pytała się czy my na poważnie się o to pytamy i czy sobie nie robimy jaj, bo mówiła, że do Pszczyny jest bardzo daleko i że taką drogę raczej na pieszo nie pokonamy jednego dnia. My równie zdziwieni jak ona poszliśmy dalej śmiejąc się z samych siebie, ale nigdy nie zapomnę miny tej babki, w chwili, gdy się zapytałem, którędy do Pszczyny. Tak po naszemu to by brzmiało jakby ktoś się pytał stojąc na rondzie czy ulicą Chorzowską dojdzie do Tarnowskich Gór, a to byłby raczej nie lada wyczyn. No nic szliśmy dalej aż zobaczyliśmy drogowskaz, na którym pisało w jedną stronę droga na TYCHY, a w drugą stronę PSZCZYNA 25 KM. Po przeczytaniu tego znaku stwierdziliśmy, że czeka nas długa podróż i że bardzo wiele trzeba nam będzie wysiłku, aby tą drogę pokonać. Po drodze mijaliśmy szyldy z napisem Auszwitz, Bierkenau itd.(nie wiem jak to się pisze, ale to już nie moja wina), ale nie widzieliśmy dokładnie gdzie to jest, ja sobie tylko wtedy żartowałem, że zamiast w Bielsku to wylądujemy w obozie koncentracyjnym jako nowi wczasowicze. Szliśmy dalej i spotkaliśmy taką miłą panią. Ją również zapytaliśmy o drogę, a ona słysząc, co my do niej mówimy tak się zdziwiła, że nie wiedziała, co powiedzieć. Stwierdziła tylko, że to zbyt daleko, aby iść na pieszo i kazała nam czekać na autobus, aby przynajmniej podjechać sobie do Brzeszcz kilka km dalej, skąd będziemy mieli lepszą drogę do Pszczyny a w razie czego, to nawet pociąg. Podziękowaliśmy za radę a ona ciągle nie mogła uwierzyć, co jej się przytrafiło, wyglądała tak jakby zobaczyła 2 duchy pytające się o drogę. Na autobus czekaliśmy długo a w międzyczasie próbowaliśmy złapać stopa, ale ponieważ to była niedziela, mało aut jeździło to w dodatku nikt nie chciał się zatrzymać. Kierowcy najpierw przejeżdżali obojętnie, później coś pokazywali, że się im śpieszy albo, że mają mało benzyny i w ten oto sposób nauczyliśmy się języka autostopowiczów i kierowców. Byłem zły, bo nikt nie chciał się zatrzymać a jednocześnie wesoły, bo niezłe jajca odprawialiśmy na tym przystanku. W końcu po długim okresie czekania przyjechał autobus i podjechaliśmy sobie do Brzeszcz. W autobusie kupiliśmy oświęcimskie bilety, spytaliśmy się kierowcy gdzie trzeba wysiąść, aby być jak najbliżej Pszczyny a gdy już sobie z nim pogadaliśmy to oczywiście mądry Sławek wpadł na pomysł, aby składać życzenia urodzinowe Sebastianowi w autobusie. Wyglądało to zabawnie i wszyscy pasażerowie, łącznie z kierowcą patrzyli na nas jak na nienormalnych, ale w gruncie rzeczy się im nie dziwię, bo gdybym sam zobaczył jak jakiś gościu składa życzenia w autobusie drugiemu, to chyba bym zrywał boki ze śmiechu. Po dojechaniu na miejsce podziękowaliśmy kierowcy i udaliśmy się w dalszą podróż w kierunku jakiegoś większego miasta. Niewiele dalej była stacja PKS-u, ale nic nie jechało, dopiero na 18.00 a to było zbyt późno, więc postanowiliśmy zwiedzić również to miasto. Poszliśmy nad stadion piłkarski K.S.Brzeszcze i nawet fajnie było, usiedliśmy sobie na widowni i przyglądaliśmy się pustemu boisku, ale nikt nas na szczęście stamtąd nie wyrzucił. Potem wracając na przystanek zapytaliśmy się jakiejś starszej pary gdzie jest dworzec kolejowy, oni wskazali nam drogę i spokojnie poszli dalej, nie wiedząc, z kim mają do czynienia. My w drodze na dworzec zobaczyliśmy szkielet starej, częściowo wyburzonej kamienicy i postanowiliśmy na nią wejść. Miała może ze 3 piętra, ale nie było ani podłogi ani dachu ani nawet ścian, tylko kamienne schody i krawędzie budynku. Z góry widok był wspaniały, chociaż mam lęk wysokości to tam mi się podobało, widzieliśmy przystanek, stadion, dworzec i jakieś lasy oraz inne budynki. Problem zaczął się dopiero potem, bo nie umieliśmy stamtąd zejść. Gdy nam się to w końcu udało podążaliśmy dalej drogą na pociąg i rozmawialiśmy o tym, że nikt inny z nikim innym nie byłby w stanie tak spędzić dnia a co dopiero swojej 18. Doszliśmy do wniosku, że jesteśmy jedynymi takimi głąbami, którzy kombinują jak tu przejść z Oświęcimia do Pszczyny, aby było ciekawie. Podczas gdy tak szliśmy, gadaliśmy i piliśmy wówczas zobaczyliśmy odjeżdżający ze stacji pociąg, był zbyt daleko żeby na niego biec, więc spokojnie doszliśmy do dworca, tam pytając się jakiegoś strażnika dowiedzieliśmy się, że właśnie uciekł nam pociąg do Bielska i że następny będzie dopiero wieczorem. Troszkę żeśmy się zdziwili i zezłościli na siebie nawzajem, bo wystarczyłoby, że wcześniej zeszlibyśmy z tego budynku a zdążylibyśmy na ten pociąg. Ale w sumie to wiele można było o tym mówić a trzeba było w końcu coś robić. Wróciliśmy z powrotem na przystanek, ale znów się spóźniliśmy, bo PKS odjechał jakieś 10 min wcześniej. Tacy źli i zdesperowani postanowiliśmy iść dalej aż do samej Pszczyny. Zrobiło się już ciemno na niebie a na drodze w niektórych miejscach nie świeciły lampy i trzeba było iść po ciemku. Póki ulica była prosta, nie mieliśmy żadnego problemu, ale gdy dochodziliśmy do skrzyżowania, wtedy trzeba było albo szukać światła, albo znaków, albo świecić telefonem żeby zorientować się czy dobrą drogą idziemy. Przez całą drogę machaliśmy rękami, aby ktoś się zatrzymał, lecz chyba każdy kierowca zbyt się nas bał, żeby nas podwieźć. Szliśmy tak dosyć długo aż w końcu napotkaliśmy na naszej drodze stację benzynową. Nie pamiętam jak się nazywała, ale to nie ważne, ważne jest to, że kończyło nam się jedzenie, mieliśmy tylko 1 nalewkę i nic więcej. Na stacji zaopatrzyliśmy się w paluszki, oranżadę i czekoladę dla mnie, bo takiego miałem smaka, że musiałem ją sobie kupić. Przy kasie zapytaliśmy się sprzedawcy czy daleko jeszcze do Pszczyny, a on z uśmiechem pyta się nas niedowierzając: „Do Pszczyny, mówicie poważnie?” My mu na to, że tak, a on nam odpowiada, że to jeszcze jakieś 15 km, Seba spojrzał na mnie z przestrachem a ja ironicznie się zapytałem: „Jest godz. 18.00 a czy do 20.00 zdążymy dojść do Pszczyny?”. Gościu tak się zdziwił, spojrzał na mnie jak na głupka, potem spuścił głowę i kręcąc mówił: „Raczej na pewno nie!” To ja się go wtedy pytam, czy chociaż do 21.00 a on na to, że możliwe i już nic nie powiedział. Miał taką minę jakby gadał do ukrytej kamery i tylko czekał aż ta kamera się ukaże, ale to nie była ukryta kamera, to tylko Ja i Seba, a my dwaj jesteśmy zabawniejsi i bardziej niekonwencjonalni od kamer. Wychodząc śmialiśmy się, ale tak patrząc na dwór to ciemno już było a my mieliśmy jeszcze ok. 15 km drogi do pokonania. Już mieliśmy iść dalej, ale ja spojrzałem na takiego faceta, który tankował malucha i zapytałem się go czy tą drogą dojdziemy do Pszczyny. A on mówi, że tak, wytłumaczył nam trochę, że musimy obejść jakieś rondo, później skręcić i coś tam jeszcze, ale go nie zrozumiałem, wiedzieliśmy, że ten odcinek będzie ciężki a ja dalej go pytam, czy może przypadkiem nie jedzie w tamtą stronę, a on odpowiada, że tak, ale później skręca na Gilowice. Zapytaliśmy się go czy mógłby nas troszkę podwieźć w stronę Pszczyny a on ku naszemu zaskoczeniu i nieukrywanej radości zgodził się. Był razem z jakimś facetem i dziewczyną a wszyscy nie wyglądali na więcej niż 30 lat. My już tacy ucieszeni, ale musieliśmy uważać, bo nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia. Wsiedliśmy wszyscy do tego malucha i w końcu jedziemy. Gościu, z którym gadaliśmy i ta laska siedzieli z przodu a ja, Seba i drugi gościu z tyłu. Ja musiałem się schylać, bo głową ocierałem o dach a wszyscy gnietli się jak sardynki w puszcze, ale przynajmniej było ciepło i jechaliśmy!!! Nie mieliśmy postoju odkąd nie siedzieliśmy na stadionie w Brzeszczach więc taka jazda była dla nas luksusem. A teraz najlepsze, ten moment wspominam bardzo dobrze i do dziś się z tego śmieję. Otóż gościu pyta się nas skąd jesteśmy i dokąd idziemy, a my im na to, że jesteśmy z Katowic, chcieliśmy jechać do Bielska, ale pomylił nam się pociąg i wylądowaliśmy w Oświęcimiu, skąd idziemy na nogach do Pszczyny. Naprawdę tego momentu nigdy nie zapomnę, wszyscy zaczęli się tak głośno śmiać, że nie było słychać pracy silnika a to w maluchu jest rzeczą trudną do wykonania. Ci ludzie śmiali się chyba przez jakieś 10 min. tak długo aż musieliśmy wysiadać, myślałem, że się popłaczą ze śmiechu. Mówię wam to jest naprawdę coś, to trzeba przeżyć, tego się nie da opisać słowami. Ci ludzie pewnie również nas nie zapomną i jestem pewien, że do tej pory opowiadają znajomym, jak to kiedyś na stacji w drodze z Brzeszcz do Gilowic zaczepiło ich 2 gości, którzy z Oświęcimia chcieli dojść do Pszczyny a są z Katowic.
No dobra, ale o tym to już nie będę pisał, bo i tak nikt mnie nie zrozumie.
Przejdźmy, zatem do dalszej części opowieści. Po drodze widziałem, co by nas czekało gdybyśmy szli na pieszo i wątpię czy udałoby nam się dojść w tych ciemnościach tak daleko jak daleko żeśmy dojechali. Gdy dojechaliśmy do jakiejś wioski oni musieli skręcić i na tym skończyła się nasza podróż samochodem. Wysiadając dałem gościowi paczkę paluszków w podziękowaniu za podwiezienie, a on zażartował: „Wiedziałem, że to dla mnie w końcu coś nam się należy za ten przejazd” uśmiechnął się i pojechali. W aucie jeszcze nam machali i życzyli miłej drogi do Pszczyny i żebyśmy nie zabłądzili. My również roześmiani ruszyliśmy w dalszą drogę. Cieszyliśmy się, bo pokonaliśmy dzięki naszym znajomym jakieś 5 km w czasie 15 min. Po drodze rozmawiałem z Sebą o tych ludziach i doszliśmy do wniosku, że gdyby nie oni to moglibyśmy wylądować w jakiejś wiosce na noc lub zabłądzić i nie trafić już do domu lub przyjechać dopiero po kilku dniach, ale za to rodzice chyba by mnie do końca życia trzymali w klatce, żebym niegdzie już nie wyszedł. Szliśmy sobie lekko pogwizdując i śpiewając: „Gdzie strumyk płynie z wolna” i doszliśmy do jakiejś kolejnej wioski, która się nazywała „Góra”. Droga była gładka, asfaltowa pośród drzew i domków jednorodzinnych. Fajnie to wszystko wyglądało a szczególnie wieczorem, drzewa stojące tuż obok nas, bezchmurne lutowe niebo, ładne domki z ogrodami i drewnianymi płotami no i oczywiście asfaltowa droga i samochody mijające nas, co jakieś 2 min. Idąc tak tą drogą zaczęliśmy się śmiać, bo zobaczyliśmy znak z napisem „Kontrola radarowa” a przecież to było takie zadupie, że co tutaj kontrolować?! Myśleliśmy, że już niewiele drogi nam zostało, więc szliśmy spokojnie, znów machaliśmy ręką, aby ktoś się zatrzymał, ale to było zbędne, bo jaki kierowca zatrzyma się na środku drogi wiejskiej przy lesie późnym wieczorem dla jakiś dwóch czarnych typów, którzy w półmroku wyglądają wystarczająco groźnie, aby być jakimiś złodziejami lub mordercami, dlatego też przez całą naszą drogę nikt się nie zatrzymał. Szliśmy tak i szliśmy aż w końcu po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do następnej wioski. Tym razem na znaku pisało Miedzina (czy coś takiego). To było już totalne zadupie, domki, co jakieś 20 kroków i tylko po jednej stronie pola, po drugiej las. Wędrowaliśmy wciąż trzymając wyprostowanego kciuka na znak łapania stopa, ale to było na nic. Na szczęście humor nam dopisywał, bo przecież mięliśmy jeszcze prawie pół nalewki i tak w drodze piliśmy ją sobie i gadaliśmy i znów piliśmy i ciągle szliśmy dalej. Podróż zaczynała już nas męczyć, bo ci goście powiedzieli nam, że już nie daleko a tymczasem my szliśmy już jakąś godzinę i nadal Pszczyny nie było widać. Wprawdzie picie było, jedzenie również, ale ktoś to musiał nosić, a nie było to lekkie. Wtedy zdarzyło się coś, co rozbudziło nas na nowo i sprawiło, że staliśmy się bardziej ostrożniejsi na drodze. Gdy Seba trzymał wyprostowaną rękę i łapał stopa o mało nie zderzyłby się tą ręką w dach jednego z przejeżdżających samochodów, myślałem, że naprawdę dostał, bo gościu w aucie trąbił a Seba go wyzywał, ale na szczęście nic się nikomu nie stało. Drogi wciąż nie było końca a nogi wbijały nam się już do tyłków, a na dodatek wciąż nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Minęliśmy jakąś chatkę między drzewami i okazało się, że to leśniczówka. Coś tam pisało o borze i że chronione miejsce, ale już nie pamiętam, w każdym bądź razie fajnie to wyglądało a przynajmniej jakaś nowość na naszej drodze, bo tak to tylko drzewa i auta, czasami domy i jakieś drogowskazy, a tak poza tym to nic ciekawego. W oddali widać już było jakieś osiedle, czy miasto, ale było ono za bardzo z boku, więc myśleliśmy, że to tylko bardziej cywilizowana dzielnica tych wiosek, przez które przechodziliśmy. I znów dałem plamę, ponieważ Seba stwierdził, że łatwiej mu się będzie szło z zamkniętymi oczami, no to w porządku on sobie szedł na ślepo, ja normalnie a tu nagle słyszę jak nadjeżdża autobus. Seba idzie za blisko środka drogi a ja mu mówię żeby zszedł na pobocze, on się pyta, w którą stronę? a ja mu chciałem powiedzieć, żeby skręcił w lewo, a przez przypadek się przejęzyczyłem i mówię mu, że ma skręcić w prawo (a gdyby mnie wtedy posłuchał to wpadłby pod ten autobus i już bym z nim nie rozmawiał) na szczęście on w ostatniej chwili się skapnął i zszedł na dobrą stronę drogi a mi ulżyło jak zobaczyłem, że autobus przejechał obok a my nadal żyjemy. To również było nagłe poderwanie emocji, których i tak już nam nie brakowało. Po długiej drodze doszliśmy do następnej wioski Ćwikliwice. To było już coś większego, bo pojawiły się sklepy a na dodatek reklamy z zakładami w Pszczynie, a więc był to znak, że cel naszej podróży jest już niedaleko. Idąc dalej od razu się nam lepiej zrobiło, bo byliśmy już wykończeni a nasze zapasy jedzenia i picia już się wyczerpały. Droga wciąż była prosta, lecz skończył się las, a zaczęły kamienice z oświetlonymi ulicami. Wtedy zadzwoniła do Seby jego jeszcze wtedy dziewczyna Angelina i pytała się, co on porabia, a on z psychicznym śmiechem odpowiada jej, że nie wie gdzie jest, zgubił się, miał jechać do Bielska a jest obecnie przy jakimś cmentarzu w Ćwikliwicach w drodze do Pszczyny, jest głodny, zmęczony i przemarznięty a tak poza tym to wszystko w porządku. Ona chyba zrozumiała, że nie jest to najlepsza pora do rozmów i po jakiś 3 min gadania odłączyła się. Ale przynajmniej poprawiła nam humor, a my oczywiście szliśmy dalej. Wciąż przed siebie i w końcu po długim czasie ujrzeliśmy człowieka na rowerze. Chciałem do niego podejść zapytać się którędy na dworzec w Pszczynie, ale on zsiadł z roweru, obrócił go i zaczął uciekać. Musiałem za nim kawałek pobiec, tak się gościu przestraszył, ale wreszcie go dogoniłem i zapytałem się o ten dworzec. Stanął odsapnął i powiedział mi gdzie mam iść. Poszliśmy zgodnie z jego wskazówkami śmiejąc się w duszy z niego, bo w końcu potężny to był gościu koło 50 lat a tak się bał i uciekał. Dochodziła godz. 20.00 a my byliśmy już bardzo blisko, przeszliśmy koło jakiegoś spożywczego gdzie zapytaliśmy się dokładnie o drogę, bo tamten gościu nam powiedział, że mamy iść prosto potem skręcić w prawo a dalej się już zapytamy kogoś innego. Stary sprzedawca wytłumaczył nam dokładnie, co i jak a my podziękowaliśmy mu i poszliśmy dalej. Doszliśmy do linii kolejowych i napotkaliśmy jakieś 2 laski z dziećmi, fajne były, ale nie mieliśmy czasu na takie rzeczy, bo trzeba było zrobić coś ważniejszego. W końcu po długiej podróży doszliśmy na dworzec w Pszczynie. Zajęło nam to około 5 godzin, wyruszyliśmy z dworca w Oświęcimiu ok. 16.15 a doszliśmy do celu na 20.30. Ależ się cieszyliśmy jak nareszcie dotarliśmy na miejsce, przez to wszystko nawet nam się spodobał dworzec w Pszczynie i stwierdziliśmy, że nie ma to jak jakieś większe miasto, gdzie w zimę późnym wieczorem można spotkać ludzi, którzy pomogą ci dojść tam gdzie potrzebujesz. Ta podróż dużo nam dała, pokazała nam, co to znaczy przejść 25 km pieszo (z małą pomocą mechanicznych środków lokomocji, ale to już szczegół) oraz udowodniła, że my jesteśmy w stanie zrobić wszystko, na co mamy ochotę i wykazaliśmy się dzięki temu niesamowitą odwagą, siłą woli, wytrwałością i ambicją, a wszystkich poczciwych ludzi, którzy nam w tym pomogli będziemy mile pamiętać do końca życia, jak z resztą całą tą wycieczkę. W zasadzie to po to przyszliśmy do Pszczyny, aby jechać stamtąd do Bielska i odebrać kasę za kupione na koncert bilety, ale niedziela a w dodatku już było dosyć późno, a gdy doszliśmy na pociąg to okazało się, że najbliższy pociąg do Bielska jedzie dopiero za pół godziny, a więc nie opłacało nam się tam jechać, bo na miejscu bylibyśmy dopiero koło 22.00 a o tej porze na pewno Bielskie Centrum Kultury było zamknięte. Po bilety mięliśmy jechać następnego dnia w poniedziałek, zamiast iść do szkoły, lecz ja nie mogłem tego zrobić, bo czekała nas kartkówka, którą musiałem napisać. I tak przepadło nam 20zł. Ponieważ nie widzieliśmy sensu czekać na pociąg do Bielska to pojechaliśmy najszybszym do Katowic, pech chciał, że był to pośpieszny, ale na szczęście mieliśmy kasę na bilety. No, ale kupiliśmy bilety, wsiedliśmy tym razem do dobrego pociągu a kontroli i tak nie było. W sumie to źli byliśmy na siebie, że tracąc 20 zł straciliśmy również 12 na bilety, ale któż by przypuszczał, że nie będzie akurat kontroli w pośpiesznym. Przyjechaliśmy do Katowic na 22.00 i zastanawialiśmy się, co dalej. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale nie było pieniędzy a chcieliśmy się dowiedzieć, czy możemy jakoś odzyskać kasę za bilety. Tego dnia również byłem bardzo zmęczony, przemarznięty i śpiący, a moja radość z przeżytej przygody była przysłonięta złością za stratę kasy wywalonej w błoto. Kasy już nie odzyskałem, ale za to warto było, bo nabyłem dzięki temu wszystkiemu wspomnienia warte o wiele więcej, których do końca życia nie zapomnę, bo było to coś, co w życiu człowieka zdarza się tylko raz (w moim przypadku mam nadzieję, że częściej)
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 07 wrz 2003, 12:02

RYBNIK 2002

To miał być jeden z tych dni których się do końca życia nie zapomina, dokładnie 15 sierpnia 2002 r. w Rybniku miał się odbyć koncert ŁZÓW. Ja obiecałem sobie że w tym roku przynajmniej na jednym z tych koncertów będę a jak do tej pory nie udawało mi się to. Tym razem jednak było inaczej. Miałem kumpele z okolic Rybnika, z którą spotykałem się w wakacje i dosyć dobrze nam się układało. Ona miała mi i Sebie oczywiście zapewnić dojście ze stacji do miejsca koncertu oraz bezpieczny powrót i w razie czego nocleg. Był pewien problem, bo pociągi z Rybnika do Katowic nie jeżdżą zbyt często a ostatni pociąg odjeżdżał już o 22.00 Koncert miał się zaczynać o 20.00 i raczej na pewno nie skończyłby się na tyle szybko abyśmy zdążyli po koncercie zdążyć na ten pociąg. To już był duży powód dla którego rodzice nie chcieli abym na ten koncert jechał. Tym razem powiedziałem im prawdę co zamierzam robić i gdzie, nie byli zbyt zadowoleni ale jak to rodzice. Plan był taki, że wstęp na koncert jest darmowy, bo było to jakieś święto i występowało wiele mniej znanych zespołów, były jakieś występy strażaków spadachroniarzy itp. Mieliśmy przyjechać na 18.00 kupić na miejscu coś do picia, zająć sobie miejsca i spędzić niezapomniane chwile patrząc na Wyszkoni i jej bandę. Później wsiąść w pociąg i przed północą być w domu, albo przespać się u kumpeli i wrócić najwcześniejszym pociągiem o 4 rano. Plan jak każdy inny ale tym razem, po kilku nieudanych próbach miałem intuicję, która mi mówiła że ten koncert się odbędzie. Zbyt wiele rzeczy nam sprzyjało, a więc byliśmy optymistami. Był piękny wakacyjny dzień, słońce świeciło i niebo też czyste było. Tym razem ja i Seba wsiedliśmy do dobrego pociągu i spokojnie czekaliśmy aż dojedzie do oczekiwanej przez nas stacji. Nie byliśmy nigdy wcześniej w Rybniku więc nie wiedzieliśmy co nas tam czeka, ale kumpela z Leszczyn miała wsiąść tez do tego pociągu i pokazać nam co i jak. W przedziale oczywiście wypiliśmy sobie po piwku i patrzeliśmy na widoki lasów i łąk w Mikołowie i okolicach. Po dojechaniu na miejsce spotkaliśmy się z kumpelą i udaliśmy się za nią w stronę rynku. Kompletnie nie wiedzieliśmy gdzie mamy iść więc byliśmy posłuszni. Ona sama nie znała zbyt dobrze okolic ale wiedziała przynajmniej jak dojść na koncert. Powiedziała nam że w sumie mogliśmy wysiąść 1 stację wcześniej to bylibyśmy na miejscu ale co tam. Dworzec w Rybniku nie jest tak ciekawy jak w Bielsku ale da się wytrzymać. Szliśmy sobie przez jakiś park aż doszliśmy na plac Wolności (chyba tak się to nazywa) tam znaleźliśmy pierwszy plakat o koncercie ale nie był zbyt ciekawy. Poszliśmy potem na rynek, który bardzo mi się spodobał, szkoda że w Katowicach takiego nie ma. Fajnie się na nim siedziało i w ogóle. Później wróciliśmy żeby zobaczyć o której nam jedzie autobus na Paruszowiec. Poczekaliśmy trochę, widzieliśmy wiele osób którzy prawdopodobnie też jechali na ten koncert ale nie wszyscy wyglądali na przyjaznych. Jazda w autobusie też była ciekawa, ścisk jak w puszcze po sardynkach i ciągle jakiś uchlany patafian pieprzył coś od rzeczy. Gdy w końcu wysiedliśmy, kumpela kazała nam zasuwać kawał na piechotę za tymi łosiami z busa, tylko musieliśmy uważać na wszelki wypadek. Po drodze oczywiście wstąpiliśmy do monopolowego na małe co nie co. Doszliśmy do jakiegoś kościoła, wokół którego krążyło mnóstwo ludzi. Kapnęliśmy się że to pewnie tam jest koncert. Przyszliśmy tam i lekko się zaskoczyliśmy. Była to duża przestrzeń, trawa itd. koło stawów i jakiś chyba opuszczonych fabryk. Nawet nie zdążyliśmy się nacieszyć tym wszystkim a już doskoczyło do nas 3 ochroniarzy i pytało się co mamy w plecaku itd. Seba pokazał im co i jak a oni powiedzieli że z piwem nas nie wpuszczą, więc odeszliśmy kawałek i wypiliśmy ostatnie w kilka sekund. Gdy wróciliśmy, ochrona tak się zmarała że nie wiedzieli co powiedzieć, więc nas puścili. My obadaliśmy teren, scenę która była jakaś mała a może mi się tylko tak wydawało. Poszliśmy się przejść z drugiej strony przez mostek koło stawów bo jeszcze było za wcześnie aby zajmować miejsca. Później okazało się że zrobiliśmy wielkie koło i wróciliśmy do tego samego monopolowego, ale to już zupełnie przypadkiem. Kupiliśmy 9 browarów w tym jakieś rybnickie siuśki, które w ogóle nam nie smakowały. Było już koło godz. 17.00 a my usiedliśmy sobie przy stoliku przed jakimś zamkniętym barem. Seba oczywiście bawił się puszkami i podczas gdy ja jadłem sobie spokojnie kanapkę on wylał jedno z piw na mnie i kumpelę. Na szczęście wiele się nie wylało i nikt się zbytnio nie przejmował a że kumpela miała aparat to zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Po spożyciu 2 piw poszliśmy dalej, widzieliśmy napis na „Katowice” ale nie chciało nam się tamtędy iść. Poszliśmy prosto a ja zauważyłem reklamę Reala i powiedziałem czy się tam nie przejdziemy bo to tylko 5 km dalej. Oczywiście nikt nie chciał ze mną iść więc siedziałem już cicho. Po żmudnym okrążaniu całego terenu wróciliśmy nareszcie pod scenę. Usiedliśmy przy jednym ze stawów i gadaliśmy, piliśmy i czekaliśmy na występ ŁZÓW. W końcu znudziło nam się siedzenie nad wodą więc poszliśmy zobaczyć co się ciekawego dzieje na scenie. Zbliżała się już 19.00 i grał jakiś zespół markujący Depeche Mode. Czuliśmy się jak u siebie w domu, Seba rozłożył się na trawie, ja siedziałem obok głośników a nikt nie zwracał na nas uwagi, nie było żadnych podejrzanych typów i wtedy właśnie oboje stwierdziliśmy że jednak fajne to miasto, można sobie leżeć na trawie i nikt ci za to nic nie zrobi. Potem staliśmy koło takiego gościa ubranego na czarno, krótko ściętego z kilkoma tylko zębami na przodzie. Robił on jakieś głupie miny i widać było że jest już mocno wstawiony. Zaczął z nami gadać ale nie bardzo go rozumieliśmy, potem skakał i kręcił głową jakby to on grał na gitarze a nie facet na scenie. Był tak zabawny że wszyscy którzy na niego patrzeli się śmiali, a że my również byliśmy ubrani na czarno i trochę z nim gadaliśmy, to pewnie każdy myślał, że jesteśmy z nim. Ale potem była przerwa i musiałem skoczyć na moment pod drzewko, a niedaleko drzewka ukryliśmy resztę browarów, bo nie byliśmy w stanie wypić tylu na raz. Gdy tam poszedłem z kumpelą, wtedy odbywał się pokaz strażacki i samolot spuszczał wodę na palące się drewno. Jakiś gościu wtedy ogłosił, że skoro jest pożar to koncert ŁEZ musi być odwołany ale ja mu nie wierzyłem a w dodatku bardzo się wkurzyłem. Wróciłem na miejsce gdzie czekał na nas Seba i byliśmy już gotowi na przyjęcie ŁEZ. Jakimś trafem znalazłem się bliżej sceny i gościu stojący obok zapytał się mnie jak się bawię itd. ja mu na to że bawię się wspaniale i że czekam na ŁZY bo jestem ich fanem z Katowic, opowiedziałem mu dosyć dużo o sobie i wtedy gościu na scenie wypowiedział głośno „A oto wystąpi zespół ŁZY!!!” wtedy już nic nie pamiętam, oprócz tego że widziałem wszystkich na żywo i że Wyszkoni witała się i coś tam mówiła o miejscowych wędkarzach. To był dla mnie prawdziwy cud, w końcu moje marzenie o spotkaniu ŁEZ na żywo się spełniło, w tej chwili nie myślałem o niczym innym tylko o nich. Najpierw licytowali płyty, a było już po 20.00 więc powiedziałem Sebie że nie zdążymy na pociąg o 22.00 i że będziemy musieli czekać gdzieś do 4 rano i wtedy dopiero wracać do domu. Wiedziałem wtedy że za takie rozwiązanie sprawy rodzice mnie zabiją ale nie to było dla mnie najważniejsze. W tej chwili liczyły się tylko ŁZY. To było uczucie ale nie będę o tym pisał bo nie da się tego opisać słowami, to po prostu trzeba przeżyć. Jedna tylko rzecz jest wstanie to określić. AAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zaczął się w końcu koncert, na który tak długo czekałem. Wtedy Wyszkoni śpiewała piosenkę „Zdjęcia z wakacji” a ja powiedziałem być może najgłupsze słowa w swojej dotychczasowej historii a które dały mi tak wiele. Ścisk był taki że co chwila ktoś na nas wpadał albo my na kogoś. Wyszkoni daje czadu na scenie a w pewnym momencie jacyś sk8er patafiany zaczęły rozróbę, bili się i wyzywali, no i na wszystkich wpadali. Oczywiście ochrona się spisała bo zaraz była za barierkami i wyłapała tych, którzy przeszkadzali w dobrej zabawie innym. To była szybka akcja ale znacząca bo pokazała że i ludzie umieją się bawić i ochrona wie co ma robić. Inni wygwizdali tych patafianów i klaskali na ochronę. Ja też byłem wdzięczny ochronie, bo zostawiłem jednemu z nich plecak od Seby, bałem się go tam zostawić bo nie wiedziałem czy jeszcze go dostanę, ale okazało się że nic się mu nie stało i po koncercie spokojnie mogłem go odebrać. Mi momentami brakowało już tchu i myślałem że będą mnie musieli wynosić albo coś bo zemdleję, ale jakoś udało mi się dzielnie wytrzymać i bawić się do końca. Chociaż nogi mnie bolały od skakania, a ręka od machania, to i tak były to niezapomniane chwile. ŁZY pokazały klasę, grali bez podkładu, na żywo tak jak lubię i naprawdę było nieziemsko, zwłaszcza jeśli się stało niedaleko głośników i wszystkie basy były odczuwalne w brzuchu. Oczywiście nie da się tego opisać i ja nawet nie próbuje, bo i tak nikt nie jest w stanie tego pojąć lub przeżyć, a ja mam tylko nadzieję że jeszcze kiedyś pojadę na koncert ŁZÓW i będę się również świetnie bawił, z kimś czy samemu, to już jest obojętne, grunt to żeby była Wyszkoni i dała z siebie wszystko!!! To jest to co tygryski lubią najbardziej!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Później było już gorzej, stracił mi się zegarek i nie mogłem go znaleźć. Pewnie ktoś go zdeptał, albo zwinął, szkoda bo był on dla mnie bardzo ważny. Miałem go przez 5 lat i zdążyłem się do niego przyzwyczaić a wszystkie przeżycia z nim związane zostaną we mnie na zawsze. Wtedy trochę zepsuł mi się humor ale musiałem się jakoś bawić do końca. Było już przed 22.00 a ja wiedziałem że nie wrócę już do domu, bo mój pociąg zaraz odjeżdża, a koncert się jeszcze nie skończył. Na bisie wszyscy krzyczeli „Zabij się” ale niestety nie zagrali tej piosenki. Ja też się darłem, nawet trochę inaczej, bo jak krzyczałem „Zabijcie mnie” to wszyscy się na mnie dziwnie patrzeli. Zagrali jeszcze raz „Agnieszkę” i „Jestem jaka jestem” no i na tym koncert się skończył. Wszyscy ludzie zaczęli się zbierać, a ja chciałem jeszcze poszukać zegarka, ale nie było szans żeby go znaleźć. Poszliśmy więc zobaczyć pod scenę co się tam dzieje. Poczekaliśmy trochę i się opłaciło, zebrałem autografy od kilku członków zespołu i czekałem aż się pokaże Wyszkoni. Po chwili wyszła i zaraz do niej doskoczyłem, ochrona była tuż za mną gotowa do interwencji ale ja byłem spokojny. Zapytałem się tylko: „Sorry Ania można autograf???” i to były słowa którymi się szczycę do dziś, bo nieczęsto zdarza się rozmawiać ze swoim idolem twarzą w twarz. Stała może pół metra ode mnie i była wspaniała, piękna i w ogóle. Dostałem autograf i wyskoczyłem ze szczęścia. Podpisała się moim markerem na bilecie powrotnym do Katowic, ale to nic. Seba nie miał biletu i chciał dostać podpis na czole, brzuchu, ręce, ale Ania powiedziała, że nie podpisuje się na ciele, więc dał koszulkę. Do dziś ma ten autograf na koszulce Metallici i też jest z tego dumny. Potem udaliśmy się pod drzewo szukać naszych ukrytych browarów. Strasznie chciało nam się pić, ale na myśl o tym jaki te piwa mają smak, to trochę się studziliśmy. Gdy szukaliśmy w trawie „skarbu” zadzwoniła moja mama zapytać się gdzie jestem, bo miałem dać znać co będę robił ok. 22.00, ja oczywiście bez zegarka, a telefon służył mi za latarkę. Powiedziałem im że nie zdążyłem na pociąg i wrócę dopiero rano koło 5. Oni się strasznie wkurzyli ale nie dało się inaczej. Koncert się za późno skończył, ja zgubiłem zegarek a pociąg nam uciekł. Było niezbyt ciekawie, bo nie wiedzieliśmy nawet gdzie przesiedzieć tą całą noc. Znaleźliśmy w końcu te piwo i postanowiliśmy pójść tą samą drogą co przed koncertem. Wyszliśmy stamtąd i po chwili namysłu skierowaliśmy się w stronę znaku na Katowice. Oczywiście wiedzieliśmy że nawet do 5 rano nie dotrzemy 49 km na pieszo, ale przynajmniej zleci nam trochę czasu. Od tego momentu znów zaczęła się nienormalna metoda spędzania wolnego czasu, jak to z nami bywa. Szliśmy sobie dróżką przy lesie, było strasznie ciemno i widać było tylko co jakiś czas przejeżdżające samochody obok na ulicy. Seba szedł metr przede mną a ja prawie go nie widziałem, potykaliśmy się o coś, nie widzieliśmy wystających gałęzi, ani dziur. Było strasznie, a ja w tej chwili zacząłem gadać coś o filmie Resident Evil, ale zaraz przestałem, bo tak nam dreszcze z grozy przechodziły, że wolałem być cicho. W sumie to ja miałem się lepiej bo miałem o czym myśleć (a raczej o kim) na ulicy. Seba szedł metr przede mną a ja prawie go nie widziałem, potykaliśmy się o coś, nie widzieliśmy wystających gałęzi, ani dziur. Było strasznie, a ja w tej chwili zacząłem gadać coś o filmie Resident Evil, ale zaraz przestałem, bo tak nam dreszcze z grozy przechodziły, że wolałem być cicho. Szliśmy tak jakiś czas aż zauważyliśmy jakiś bar, szło tamtędy kilku niezbyt ciekawych osobników i woleliśmy nie wchodzić im w drogę, więc zboczyliśmy trochę ze ścieżki i zeszliśmy pod most. Siedzieliśmy na trawie koło jakiejś rzeczki i czekaliśmy aż tamci spokojnie pójdą sobie dalej i nas ominą. Na szczęście nas nie widzieli, ale woleliśmy poczekać, chociaż już mi tyłek zamarzał od tej mokrej trawy, a krzaki wbijały mi się w plecy, ale to nic. Wróciliśmy z powrotem na drogę i szliśmy w poszukiwaniu noclegu albo czegoś gdzie się można spokojnie położyć. Przechodziliśmy akurat koło przystanku autobusowego i ja zażartowałem żeby tam się schronić, ale niestety tam już było zajęte przez jakiegoś pijaka. Spał tam sobie i nie zostawił ani trochę miejsca dla nas. No trudno się mówi i idzie się dalej, ale wtedy stało się coś co pozbawiło mnie jakichkolwiek nadziei na szczęśliwy powrót do domu. Pewnie nikt w to nie uwierzy, ale usłyszałem trzask pioruna i widziałem na niebie coś jasnego. Niestety zanosiło się na obfitą burzę z piorunami a my tak sobie szliśmy sami na środku jakiejś dróżki między drzewami, ja na dodatek miałem jeszcze telefon, a przecież wiadomo że komórka skupia pioruny, więc strasznie się wtedy baliśmy, ale nie można było się zatrzymać, bo nie było gdzie, ani uciekać, bo też nie było gdzie. Zaczęło padać i co zabawne zawsze jak ja z Sebą gdzieś wyruszamy w dalekie podróże to pada deszcz. Tak samo było w Bielsku Białej, wtedy też deszcz nas nie oszczędził. Jedno co w tym wszystkim mi się podobało, to ta wspaniała atmosfera grozy, strachu przed niewiadomym. Wtedy zaczęliśmy sobie gadać, jak by to fajnie było gdyby teraz zaczęła lecieć piosenka ŁEZ „Anastazja” albo coś innego strasznego. Ale w sumie to chyba pomagało nam iść, bo kto potrafiłby po dwugodzinnym skakaniu na koncercie iść niewiadomo jak długo przez lasek koło drogi samochodowej. Jakby komuś było mało, to niech wie, że takie chodzenie w deszczu i mroku przy ulicy także nie należy do bezpiecznych zajęć. Czekaliśmy tylko który z kierowców zacznie na nas trąbić - albo gorzej - nie wyrobi i nas potrąci. Na szczęście każdy umiał prowadzić swój samochód. Ale nikt niestety nie okazał się na tyle miły aby się zatrzymać i nas podwieźć (chociaż jakbym widział 2 facetów w nocy gdzieś na ciemnej drodze to chyba też bym się nie zatrzymał). Gdy tak szliśmy, zastanawialiśmy się dokąd możemy dojść i czy czasem gdzieś nie zabłądzimy, ale to chyba nie wchodziło w rachubę. Na całe szczęście burza przeszła gdzieś dalej a my odczuliśmy tylko deszczyk bez żadnych piorunów. Było już po 23 a my wciąż szliśmy tą samą drogą, no i w końcu coś się zmieniło. Zauważyliśmy tory kolejowe, więc skręciliśmy w ich stronę aby spokojnie dojść na jakąś stację, usiąść sobie wygodnie na dworcu i odpocząć. Doszliśmy tymi torami do skrzyżowania, gdzie stała budka kontrolna czy coś w tym rodzaju. Zapytaliśmy się tam takiej miłej pani dokąd dojdziemy jeśli będziemy cały czas szli torami. Ona nam odpowiedziała, że do Leszczyn, ale musimy uważać, bo po torach nie wolno chodzić. Powiedziała jeszcze, że żaden pasażerski pociąg nie będzie tędy przejeżdżał aż do rana, chyba że jakieś towarowe. Więc my cali happy poszliśmy dalej osobnym torem, który podobno jest nieprzejezdny. Wiedzieliśmy, że w Leszczynach mieszka ta Aga i w razie czego można ją odwiedzić i przenocować, już wcześniej próbowaliśmy z nią uzgodnić tą sprawę i się nawet zgodziła. Droga przez tory była mniej wygodna niż asfalt ale trudno, trzeba było się poświęcić. Trawa była mokra a mi już buty przemokły i bałem się żeby mi się tylko nie rozkleiły. Na koncercie trochę mnie podeptali, teraz mam mokro i jest mi coraz zimniej, na dodatek znowu zacząłem żałować zegarka i nie mogłem już wytrzymać. Seba coś tam stękał, że go nogi bolą, ale to tak samo jak ja. W końcu po długiej wędrówce widać już było światła dworca. Doszliśmy tam i rzeczywiście był to dworzec w Leszczynach. Usiedliśmy sobie na ławce przed torami i odpoczęliśmy trochę. Chcieliśmy wejść do poczekalni ale okazało się, że dworzec był zamknięty na kłódkę. Ale jaja, co to za wieś! Trochę się wkurzyliśmy ale trzeba było zostać na ławce. Po jakimś pół godzinnym odpoczynku zachciało nam się pić, ale nie było niczego. Mięliśmy w plecaku tylko te 2 niedobre piwa, a nigdzie nie było widać jakiegoś całodobowego sklepu. Nie chodziło nam o alkohol, chcieliśmy się po prostu napić, pragnienie mięliśmy jak wielbłądy na pustyni. Postanowiliśmy zwiedzić okolicę, do Agi chcieliśmy iść, ale nie mieliśmy jej adresu, a ja wcześniej nigdy u niej nie byłem i nie miałem pojęcia gdzie ona mieszka. Musieliśmy więc ruszyć w dalszą drogę a wcale nam się nie chciało, chociaż już tyle przeszliśmy że jeszcze kilka godzin spaceru nie zrobiłoby nam różnicy. Poszliśmy więc rozejrzeć się za czymś ciekawym. Szliśmy przez wiadukt, później na miasto ale nie było widać żadnych ludzi ani nawet barów czy sklepów. Zrobiliśmy duże koło i wylądowaliśmy z powrotem przy dworcu, później poszliśmy w drugą stronę, szliśmy znów ulicą i nawet widzieliśmy nocnych kierowców, ale tylko dwóch. Doszliśmy na przystanek Rybnik Kamień coś tam coś tam, dokładnie nie pamiętam, ale wiem że nie możemy się zapuszczać głębiej bo się zgubimy. Wróciliśmy więc w okolice dworca i zastanawialiśmy się co dalej. W końcu Seba stwierdził, żebyśmy poszli z powrotem i na skrzyżowaniu skręcili w prawo a nie tak jak wcześniej w lewo. Doszliśmy tym sposobem na jakieś osiedle, minęliśmy szkołę i przedszkole, później ogródki działkowe, na które Seba chciał wkroczyć żeby się napić np. z studzienek. Przeważnie na ogródkach jest podłączona woda, więc można by było z niej skorzystać, ale nie chcieliśmy robić komuś najazdu na posesje, jeszcze ktoś by nas zobaczył i mielibyśmy kłopoty. A poza tym nie wiadomo było czy gdzieś dalej nie śpi sobie wielki, zły pies. Dlatego postanowiliśmy iść dalej i tak szliśmy i szliśmy i szliśmy aż w końcu doszliśmy. Tylko gdzie? Do parkingu całodobowego. Podeszliśmy do bramy i wyskoczył na nas duży owczarek chyba niemiecki, nie wiem bo nie było za bardzo widać. Potem przyszedł jego właściciel a jednocześnie strażnik parkingu i zapytał się nas czego chcemy. Kulturalnie odpowiedzieliśmy mu, że szukamy całodobowego sklepu, a on nas nakierował na jakieś osiedle i nie bardzo rozumieliśmy co i jak. Za dużo tego było jak na 2 zmęczone głowy. Po jakiejś pół godziny doszliśmy tam, kupiliśmy 2 orange 1,5 litrowe i ucieszeni próbowaliśmy wrócić na dworzec. Była dopiero 1 w nocy więc nie musieliśmy się śpieszyć. Po długim błądzeniu dotarliśmy w końcu, rozłożyliśmy się na ławce i odpoczywaliśmy, nie chciało nam się już nigdzie chodzić. Na stopach miałem odciski, a ze skarpetek wykręcałem wodę. Potem przenieśliśmy się na tyły dworca, bo tam było cicho i nikt nas nie widział, a w międzyczasie widzieliśmy jak jakiś kilku facetów dobijało się gdzieś niedaleko dworca. My spokojnie rozłożyliśmy się na zimnym betonie, pod głową mieliśmy butelki z orange a gdzie indziej mokre skarpetki i koszulki. Oczywiście nie mogliśmy zasnąć bo nie było jak, bardziej nas to męczyło niż pomagało, dlatego pozbieraliśmy się i wróciliśmy na peron, ja wtedy zapomniałem zabrać koszulki i jak się potem okazało zostawiłem ją na tym betonie. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to że po jakimś czasie z jakiegoś budynku wyskoczyło kilku patafianów i udali się w kierunku dworca, widzieli pewnie kłódkę i zaczęli się trzaskać a ja schowany tam w cieniu na betonie siedziałem tylko i patrzałem, na szczęście nas nie widzieli albo widzieli tylko nie chcieli podejść. W sumie wolałem się ubezpieczyć i razem z Sebą zwinęliśmy manele i poszliśmy wzdłuż torów w przeciwnym kierunku do nich, stanęliśmy za pociągiem towarowym i tam przeczekaliśmy aż tamci sobie pójdą. Jak się później okazało jeden z nich był kolegą od tej Agnieszki i mówił jej że tamtego dnia widział jakieś 2 mroczne postacie i wolał tam nie podchodzić, a jakby tego było mało wujek od innej kumpeli z Leszczyn pracuje na kolei i również nas widział z jakiejś budki, a więc nie udało nam się pozostać niezauważonym podczas przesiadywania nocą na dworcu. Po jeszcze kilkugodzinnym czekaniu na pociąg w końcu wróciliśmy do domu, biletu z autografem Wyszkoni oczywiście nikt mi nie chciał sprawdzić a szkoda, bo chciałem się nim pochwalić. Wróciliśmy ok. 6 rano strasznie zmęczeni ale za to bogaci w przeżycia i wspomnienia na wiele tematów. Ten dzień został zapisany w moim kalendarzu jako DREAM. Nic już tego nie zmieni, zawsze będę się tym szczycił, pierwszy koncert jest niezapomniany, Jak ktoś to przeczyta to pewnie stwierdzi że jestem nienormalny, ale co tam, to tylko ja. Dlatego niełatwo będzie znaleźć kogoś, kto mógłby się przyłączyć do takich wypraw ze mną i Sebą, a szkoda. Czekam tylko na kolejne propozycje wyjazdów i przypływ gotówki, bo to jest najważniejsze jeżeli chodzi o imprezy na takim poziomie.
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 07 wrz 2003, 12:03

To by było na tyle, sorry że trochę zaśmieciłem ale więcej się to już nie powtórzy :lol: ...
Awatar użytkownika
Ninona
Członek FFC
Posty: 1743
Rejestracja: 03 maja 2003, 21:06
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: Ninona » 07 wrz 2003, 16:21

Słaaawek to dopiero szaleństwo.....
Taaakie długie relacje....
Ale wesołe...życzę więcej takich przygód ;p

Pozdrawiam
Awatar użytkownika
kasieńka
Posty: 2301
Rejestracja: 30 cze 2003, 16:09
Lokalizacja: G-wo

Postautor: kasieńka » 07 wrz 2003, 22:08

Slawekk :shock: :shock: ZAtkało Mnie całkowiecie :shock: :shock: Niezła przygoda :D :D :D :D Ale chciało Ci się tyle pisac :?: :?: :?: :wink: Oby tak dalej :wink:
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 08 wrz 2003, 9:56

Jak wracasz z takiej przygody to masz ochote (pomimo zmeczenia) wsiasc na kompa i napisac wszystko dokładnie i szczegółowo, napisałem to juz dawno a teraz miałem okazję aby to gdzieś zamieścić. Cieszę sie że się podobało, jeszcze 1 podobną przygodę przeżyłem ale nie chce mi się jej opisywać, ale jak to juz w końcu zrobię to ją będziecie mogli przeczytać :lol: ...
Awatar użytkownika
Kajo
Posty: 1162
Rejestracja: 02 lip 2002, 5:46
Lokalizacja: Racibórz

Postautor: Kajo » 16 wrz 2003, 8:07

Dobre Slaweeek:))))
Nie wyobrazalem sobie ze to bedzie takie dlugie, ale bardzo fajnie sie czytalo. Najbardziej mi sie podobal motyw z maluchem i kierowca:). Ale i tak opowiadane na zywo to lepiej brzmi.Zycze wiecej takich przygod.
Awatar użytkownika
kepher
Posty: 59
Rejestracja: 16 lip 2003, 19:31
Lokalizacja: warszawa

Postautor: kepher » 16 wrz 2003, 14:56

"jesteś szalona, mówię ci..."

ja, z natury niesłychanie spokojny człowiek niewiele mam szaleństw na koncie, ale to co mi się teraz przypomina i co zdatne jest do upublicznienia mogę napisać:

- wciągnąłem nosem pieprz. dużo pieprzu. kichałem dwie godziny non stop i oplułem i załzawiłem pół podłogi
- zrobiłem stronę internetową, na której zjechałem wszystkich kolegów i wszystkie koleżanki z klasy, napisałem o nich najgorsze rzeczy, po czym wysłałem im adres.
- wracałem sam z osiemnastki kolegi przez pół warszawy na piechotę od godziny drugiej do czwartej.
- kąpałem się w bałtyku około 2-3 w nocy nago w mieszanym towarzystwie
- umyłem sobie włosy (długie) piwem podczas koncertu (chyba kultu)
Awatar użytkownika
Slaweeek
Posty: 555
Rejestracja: 19 kwie 2003, 16:37
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Slaweeek » 16 wrz 2003, 16:48

Eeeeee Czesc jestem Sebastian bylem z tym Słwawkiem wtedy. Zresztą nie ważne. Przyglądam się Łzą i pamiętam ich koncert w Spodku to było coś. czy ktoś był wtedy tam ???? Pozdrawiam cześć.

Wróć do „Różne czyli Inne”